Marceli Motty, Przechadzki po mieście , „ Biblioteka Pamiętników Polskich i Obcych „, Warszawa 1957, t. 2, s. 326-335 (Część piąta: Od Kolegium Jezuickiego do warsztatu szewca Eliasiewicza; rozdział: Ulica Wodna).

[...] Dom ten, który mi przypomniał Stanisława Warnkę, łączy się, jak widzisz, bezpośrednio z dużym budynkiem tworzącym z drugiej strony róg Klasztornej uliczki i ciągnącym się wzdłuż niej aż do Koziej, której całą jedną połać zajmuje. Na pierwszy rzut oka wydaje się ta kamienica jak wszystkie inne; dołem są kramiki, górą trzy rzędy okien; wyróżnia ją tylko jeszcze ta przystawka narożna, ozdobiona posągiem. Matki Boskiej z Dzieciątkiem, w którym od razu poznasz utwór średnich wieków, a kilka kroków za tą przystawką, na Klasztornej, zobaczysz bramę kamienną z rzeźbami i datą roku 1548. Tylko tacy starzy jak ja, panie Ludwiku, pamiętają jeszcze całkiem inny wygląd tego gmachu i nie zapomnieli, że kiedyś, na tyłach swoich, łączył się wiszącym murowanym gankiem ze starym owym domem przy Koziej uliczce, który, na rogu Jezuickiej, odznacza się także pięknym posągiem Jezusa błogosławiącego kulę ziemską. Było tu jeszcze na ścianach kilka innych figur, była i druga rzeźbiona brama, na której stał napis: Lucas de Górka capitaneus* [*Łukasz Górka wojewoda]. Otóż mury te należą do najdawniejszych w Poznaniu, powstały w piętnastym wieku, a cały kompleks budynków między Wodną, Starym Rynkiem i Klasztorną tworzył, Republica vigente*, [*w czasach świetności Rzeczypospolitej] dworzec rodzinny Górków(7), której ostatni członek, Stanisław, wojewoda poznański, umarł w ostatnich latach szesnastego wieku. Ci Górkowi liczyli się do najpotężniejszych magnatów wielkopolskich, byli starostami, kasztelanami, wojewodami, biskupami, pisali się comites a Gorka*, [*hrabiowie z Górki] a znakomite posągi najwybitniejszych przedstawicieli tego rodu, Uriela, Andrzeja, Łukasza, oglądać możesz w naszej katedrze, gdzie już w początkach piętnastego wieku mieli osobną kaplicę. Niemało zapewne w ich dworcu poznańskim zaszło wypadków, które by historykowi jakiemu, może i Sienkiewiczowi, nastręczyły treści do zajmujących powieści; ja przypominam sobie tylko, co mi raz Łukaszewicz powiedział, że tutaj Andrzej Górka przez kilka dni z nadzwyczajnym przepychem przyjmował złowrogiego dla Polski gościa, Alberta, księcia pruskiego. Gdy rodzina Górków wymarła, stal się ich dworzec w początkach siedemnastego wieku własnością miasta, które go niebawem sprzedało benedyktynkom sprowadzonym z Chełmna, dlaczego je tutaj powszechnie chełmiankami nazywano. Rekrutowały się głównie z wyższej szlachty i powodziło im się świetnie aż do okupacji pruskiej, która zakon zniosła, bardzo znaczne jego posiadłości w mieście i na prownicji zabrała; ale przez długi czas klasztoru poznańskiego nie zmieniono i siedziały tam jeszcze za mojej pamięci w celach swoich trzy czy cztery zapomniane chełmianki, dopóki nie wymarły wszystkie. Ich kaplica miała wejście z Wodnej ulicy, tuż przy owej narożnej przystawce. Była to duża kamienna brania, do której się wchodziło po kilku schodach. Dobrze sobie przypominam tę dość obszerną kaplicę, bo jako mały chłopiec często tam z matką bywałem na mszy. W niedziele i święta niełatwo przyszło znaleźć miejsce, albowiem ludność okolicznych ulic, osobliwie starsze jejmoście, miały szczególny pociąg do kaplicy chełmianek i do kazań księdza kapelana. Prawda, że ów ksiądz kapelan Tańculski już zewnętrznym wyglądem sympatyczne sprawiał wrażenie. Niski, grubawy, mimo podeszłego już wieku miał w wyprężonych ruchach i podniesionej głowie coś żołnierskiego i stanowczego, a twarz jego okrągła, przyjemna i wesoła spoglądała śmiało naokół spod szerokich skrzydeł niskiego kapelusza. Chodził odmierzonym krokiem, trzymając zwykle laskę jak karabin na plecach. Mogę ci go tak zgodnie z prawdą opisać, panie Ludwiku, ponieważ spotykałem go bardzo często idąc z kolegami na przechadzkę; znał nas wszystkich, bo z ojcem moim był od dawna w dobrej komitywie, i gdy nas spostrzegał nadchodzących, wołał już z daleka: „Jak się macie, dziecioki.” Pewnego razu, przypominam sobie dobrze, skreślił ojcu swoje spotkanie z zającem na drodze w tych lakonicznych słowach: „On stanął, ja stanął; ja fignął, on fignął i poszedł.” Mówił mi ktoś, że w młodych latach odbywał wojaczkę i później dopiero został księdzem, a tym tłumaczono sobie ów pozór nieco wojskowy, ale powszechnym było przekonanie o jego szczerej pobożności, i nieraz widzieć go mogłeś tam na drodze ku Dębinie z otwartym brewiarzem w ręku. Głos miał Stentora i gdy prawił z ambony, niemal każde słowo odbijało się wyraźnie na ulicy. Słyszałem kilkakrotnie jego kazania,, byłem za mały jeszcze, aby je ocenić, ale pamiętam, że kaznodzieja rzucał się w tę i w ową stronę, ręce często podnosił do góry, od krzyku i natężenia miał twarz czerwoną i że pewnego razu wynikło mu się w zapale nazwać czarta przenajświętszym, ku wielkiemu przerażeniu starych jejmości, które wszystkie zadrgnęły na swoich siedzeniach.(8)

W parę lat po trzydziestym zmieniła się tutaj scena całkowicie; rząd zabrał budynek, który z zewnątrz i wewnątrz zmieniony został na zwyczajną kamienicę, zniknęła ulubiona przez matki nasze kapliczka, a poczciwy ksiądz Tańculski usunął nam się z oczu. Miejsce klasztoru zajęła wyższa szkoła dziewcząt, założona przez magistrat i szkołą Ludwiki nazwana, od imienia królowej pruskiej.(9) Z początku miała skromne rozmiary, cztery czy pięć klas, i od razu, jak możesz się domyśleć, wykładano tam wszystko po niemiecku z wyjątkiem religii katolickiej i języka polskiego, bo i polskich dziewcząt znalazło się dużo. Pierwszym nauczycielem polskim był, jeśli się nie mylę, pan Radziejewski, referendariusz czy asesor przy sądzie tutejszym, a pierwszą guwernantką, która przede wszystkim obyczajów i porządku uczennic doglądała, była jakaś pani Helling, jejmość już niemłoda; kto zaś naczelnie kierował całą szkołą, tego już nie pamiętam, ale wkrótce po jej założeniu powołano do tego kierownictwa odpowiedniego rektora w osobie doktora Bartna, który przez długie lata urząd swój sprawował. Chociaż znałem go bardzo dobrze i kilka razy byliśmy z sobą w bliższych stosunkach, wiem tylko z przedpoznańskich jego dziejów, iż urzędował w Halli przy jakiejś Szkole, nim go tutaj sprowadzono. Przyjechał młody jeszcze, zaledwie trzydziestoletni, w kawalerskim stanie, a lubo był bardzo wysoki, chudy i urokiem twarzy bynajmniej nie grzeszył, znalazł niebawem towarzyszkę życia w całkiem pięknej osobie, która także z dalszych stron wtenczas pojawiła się w Poznaniu.